
Turniej rozpoczęty od kompromitującej wpadki, potem seria meczów bez straty bramki, 1:0 z Portugalią w 1/8, 1:0 po dogrywce w finale, po czerwonej kartce dla przeciwników – cosplay turnieju z 2010 udał się Hiszpanom wyśmienicie.
Aha, no i wtedy także byli mistrzami Europy. Cosplay Euro 2024 też im się zresztą udał: znowu pokonali obu finalistów poprzedniego turnieju, znowu strzelili Francji dwie bramki w półfinale, znowu grali tylko jedną dogrywkę…
Co tu dużo mówić, wszystko już było.
I podobnie mógłbym podsumować cały mundial – najbardziej generyczny i przewidywalny, odkąd pamiętam, praktycznie bez niespodzianek, poza porażką Niemiec z Paragwajem oraz Republiką Zielonego Przylądka, która sensacyjnie zremisowała z Hiszpanią i dopiero po dogrywce uległa Argentynie. Liczyłem, że czarnym koniem będzie Senegal i w meczu z Belgią długo na to wyglądało, ale ostatecznie Belgowie zdołali się uratować i od tamtej pory w zasadzie wszystko toczyło się już całkowicie standardowo – jeszcze Egipt był bliski wyeliminowania Argentyny, ale podobnie jak w przypadku Senegalu, na bliskości się skończyło.
Fakt, mieliśmy szaloną rywalizację o tytuł króla strzelców – tylu zawodników z tyloma bramkami jeszcze nie było, siedem goli nie wystarczyło nawet na drugie miejsce, rzecz dawniej nie do pomyślenia – ale i tu skończyło się powtórką sprzed czterech lat: Mbappe przed Messim.
OK, drugi tytuł króla strzelców dla tego samego zawodnika to jednak coś nowego – nikt wcześniej takiej sztuki nie dokonał.
Na drugim końcu tabeli także nowość: Mohamed Hany jako pierwszy zawodnik w historii załadował na mundialu dwa samobóje.
Większa liczba bramek to oczywiście po części efekt powiększenia mundialu: raz, że więcej meczów do rozegrania, dwa, że ze słabszymi rywalami. Czy jednak było warto? Jak dla mnie absolutnie nie – już przy trzydziestu dwóch drużynach oglądałem rundę grupową po łebkach, przy czterdziestu ośmiu w ogóle sobie odpuściłem, rzucając okiem tylko na pojedyncze ciekawsze mecze, bo ekscytować się hitami typu Kongo-Uzbekistan trochę ciężko. Tymczasem niektórzy już przebąkują o sześćdziesięciu czterech drużynach, co mogę skomentować tylko pukaniem się w czoło.
***

Pierwszy raz w historii w finale zmierzył się mistrz świata z mistrzem Europy.
Drugi raz w historii w finale zagrały drużyny mówiące tym samym językiem – poprzednio zdarzyło się to w zamierzchłym roku 1930, kiedy Urugwaj zagrał z Argentyną.
Hiszpania straciła na mundialu tylko jedną bramkę, czyli o połowę mniej od dotychczasowego rekordu. Pozostał więc już tylko ostatni krok do perfekcji, jakim będzie zachowanie czystego konta w całym turnieju.
Argentyna na cztery ostatnie występy w finale MŚ, trzy zakończyła wynikiem 0:1. W trzech ostatnich występach za każdym razem traciła bramkę w drugiej połowie dogrywki. W sumie na siedem finałów z jej udziałem, tylko dwa zakończyły się w podstawowym czasie (oba przegrała).
Messi i Otamendi to drugi i trzeci najstarszy uczestnik finału MŚ (pierwszym był Dino Zoff w 1982). Z kolei Ronaldo to drugi w historii piłkarz po czterdziestce, który strzelił gola na mundialu (pierwszym był Roger Milla w 1994).
***
Mecz Francja-Anglia był pierwszym od 1982, a szóstym w ogóle, spotkaniem na MŚ z dwucyfrową liczbą goli.
Francja i Anglia strzeliły na turnieju po dwadzieścia bramek – ex quaeo trzeci najlepszy wynik w historii – a Argentyna tylko o jedną mniej.
Na 84 drużyny, jakie kiedykolwiek zagrały na MŚ, tylko 35 ma w dorobku więcej bramek niż Mbappe.
Anglia po czterdziestu czterech latach zrównała się z Polską w liczbie zdobytych medali MŚ. Musimy się bardziej przyłożyć w kolejnym czterdziestoleciu, żeby nas nie wyprzedzili. Choć raczej nastąpi to prędzej, bo od 2018 wbili się do półfinału na czterech z pięciu turniejów (podczas gdy w całej wcześniejszej historii dokonali tego raptem trzy razy).
W półfinale zameldowały się wyłącznie drużyny posiadające tytuł mistrzowski – pierwszy raz od 1990.
Żaden z półfinalistów nie strzelał karnych – pierwszy raz od 1978.
***

Po raz pierwszy w czołowej ósemce nie było ani Brazylii, ani Niemiec.
Niemcy pomiędzy wojną a pandemią nigdy nie zaliczyli więcej niż dwóch turniejów z rzędu bez występu w finale – ani na MŚ, ani na ME. Tymczasem obecnie do finału Euro nie zajrzeli już od czterech edycji, a na mundialach właśnie wydłużyli serię do trzech.
Brazylia w fazie pucharowej od 2006: komplet zwycięstw nad drużynami spoza Europy, komplet porażek z Europejczykami. I ani jednego medalu na sześciu mundialach z rzędu, podczas gdy wcześniej nigdy nie mieli serii dłuższej niż trzy turnieje.
Maroko to pierwsza drużyna z reszty świata (tzn. spoza Europy i Ameryki Południowej), która znalazła się w czołowej ósemce na dwóch mistrzostwach z rzędu – a druga po Meksyku, która w ogóle dokonała tego dwukrotnie.
W fazie pucharowej mieliśmy dwa mecze pomiędzy drużynami z reszty świata (RPA-Kanada i Australia-Egipt) – tyle samo, co w całej wcześniejszej historii mundiali; przedtem były tylko spotkania USA-Meksyk w 2002 i USA-Ghana w 2010. Niby postęp, ale tamte wcześniejsze były w 1/8 finału, a te tylko w 1/16.
Meksyk na prawie każdym turnieju wychodzi z grupy, ale w fazie pucharowej wygrał dopiero drugi mecz. Poprzedni wygrał w 1986 – także jako gospodarz.
Senegal jako pierwsza w historii drużyna z Afryki strzelił dwucyfrową liczbę bramek na jednym mundialu – i potrzebował na to raptem czterech spotkań.
Czesi na mistrzostwach Europy: grali we wszystkich edycjach od 1996, ugrali wicemistrzostwo, półfinał i dwa ćwierćfinały. Czesi na mistrzostwach świata w tym samym czasie: załapali się tylko dwa razy, oba występy zakończyli na pierwszej rundzie.
Polska tym razem nie grała, więc nie musiałem jej oglądać. Co za ulga…




Komentarze
I ani słowa o tym, że nigdy wcześniej Norwegia nie zaszła tak daleko. :-(
Yyy… A, no tak, Norwegia jeszcze nigdy nigdy nie zaszła tak daleko;-). Mem dla podkreślenia tego faktu: https://i.imgflip.com/axgtm5.jpg